Trans Balkan Race 2026, czyli o wyścigu, którego nie ukończyłem, a i tak przywrócił mi uśmiech

Które życie jest prawdziwsze? To, w którym twoją głowę zajmują głównie myśli o tym, gdzie nabrać wody, gdzie uzupełnić jedzenie i ile kilometrów pokonać jeszcze tej doby, zanim położysz się spać w jedynym płaskim miejscu w okolicy czy może to, w którym twoim głównym zmartwieniem jest kolejny poniedziałek przed ekranem? O tym, jak rosła we mnie odpowiedź na to pytanie, w dużej mierze był dla mnie Trans Balkan Race.

_______

Zapisując się na wielodniowy wyścig ultrakolarski z reguły mamy o nim jakieś, mniej lub bardziej mgliste, wyobrażenie. W końcu musiało istnieć coś, co skłoniło nas do podjęcia takiej decyzji. Dla mnie w przypadku Trans Balkan Race była to niesamowita Czarnogóra, którą nieco już poznałem i ogromna chęć zobaczenia sąsiadującej z nią Bośni. Nie oczekiwałem zbyt wiele od Słowenii1 a o Chorwacji wiedziałem przede wszystkim tyle, że będzie tam bardzo źle z wodą (i faktycznie było).

W idealnym świecie z takimi myślami w głowie stanąłbym na starcie w Trieście i po prostu ruszył ku przygodzie. Tak się jednak nie stało. Przyznam, że był moment, w którym czułem, że nie udźwignę tego startu. Że nie dam rady wytrwać tych kilku dni w samotności. Później, już w drodze na lotnisko, gdy czułem się lepiej, wiedziałem, że ryzykuję: albo droga okaże się lekarstwem, przywróci mi równowagę albo wgniecie mnie w ziemię. Nie będzie półśrodków.

I tak, próbując w ostatniej chwili zlepić w jedną całość poszarpaną rzeczywistość, stanąłem w piątek dwudziestego dziewiątego maja o 9 rano w grupie blisko dwustu śmiałków na starcie Trans Balkan Race.
______

Ruszyliśmy, a mi po chwili zaczęło się robić… przyjemnie. Miesiące przygotowań, treningów, dopasowywania sprzętu, właśnie doprowadziły mnie tam, gdzie miały. To tak, jakby stary, nieco już poturbowany balon napełnić świeżym powietrzem – nagle znów ma pełny kształt, nawet jeśli farba trochę się już złuszczyła.

Nie szaleję. W głowie mam na sztywno wbity rozkład jazdy na każdy dzień: 200 km w poziomie i 4000m w pionie. Dzięki temu na metę powinienem dojechać w czwartek wieczorem, a w przypadku jakiegoś kryzysu mieć spokojny bufor na ukończenie w piątek czy nawet w sobotę. Szybko jednak moja cierpliwość zostaje przetestowana.

Fot. Andrea Secur

Po wdrapaniu się na pierwszy, wymagający słoweński szczyt (Golič), puszczam się w dół dziewiczym na tej trasie singlem. Nie mijają dwie minuty i nagle słyszę, jak coś dosłownie rozrywa mi tylną oponę. Powietrze schodzi momentalnie. K… m.., to dopiero pięćdziesiąty kilometr! Sytuacja wygląda bardzo źle. Rozcięcie w boczku opony ma ponad centymetr i nie uszczelnię tego żadnymi knotami. Niestety, włożenie dętki również jest ryzykowne, bo może tą dziurą wyjrzeć na świat w trakcie jazdy. Dlatego wpierw podklejam oponę od środka na Superglue łatką zrobioną z kawałka innej starej opony i dopiero wkładam dętkę.

Cała operacja zajmuje mi aż pół godziny, ale z jakiegoś powodu mnie nie załamuje. Wręcz przeciwnie, budzi mój gniew. Mam już dość tego pieprzonego miesiąca, który rzuca na mnie wszystkie swoje klątwy. Ruszam, zjeżdżam ostrożnie do końca singla i od razu na asfalcie rzucam się w pogoń. Programuję nogi na stałą podaż watów i gniotę. Non stop kogoś wyprzedzam a to przynosi satysfakcje. W międzyczasie trafiam w jednej ze słoweńskich wsi na tak zwanych Trail Angels – zupełnie anonimowych ludzi, którzy ustawili się z wodą i ciastem dla zawodników i kibicują nam z całych sił. Coś pięknego!

Zwalniam dopiero w okolicach setnego kilometra, gdy kilkunastokilometrowy, szutrowy podjazd rozgrywany w pełnym słońcu niebezpiecznie przypomina mi o ryzyku udaru. Razem z innymi zawodnikami, których tam spotykam, chowamy się po cieniach, by się schłodzić. Drugi raz zwalniam kawałek dalej, w dostojnym, słoweńskim lesie, kiedy kilkadziesiąt metrów przed sobą widzę jakiegoś bardzo dziwnego psa. Wiedziałem, że na trasie będą psy pasterskie, ale przecież jeszcze nie tutaj. Poza tym jakieś dziwne futro ma ten… aha, dobra, ten niedźwiedź! Na szczęście role są odwrócone i to on jest tym przestraszonym, który ucieka gdzie pieprz rośnie. Jeszcze chwilę go widzę, ale szybciutko znika w gęstwinie lasu.

Wzbogacony tym doświadczeniem zaczynam się zastanawiać, czy założona przeze mnie taktyka spania na materacyku w miejscach dość dowolnych aby na pewno jest rozsądna. Z drugiej strony, jaka jest szansa, że spotkam niedźwiedzia ponownie? Cóż, akurat w Słowenii i Chorwacji wcale nie taka niska. Trudno, jedziemy dalej, ku przygodzie!

Popołudnie staje się coraz późniejsze, więc zaczynam myśleć o większym posiłku zanim zapadnie noc. Wiem, że na 163 km w miejscowości Fužine znajdę restauracje, ale napotkanie wcześniej schronisko daje nadzieję na szybszą akcję. Nic bardziej mylnego – akurat trafiam na kolację grupy dzieci, przez co spędzam na miejscu bitą godzinę.

W samym Fužine zastaje mnie zmrok. Nie lękam się, bo od niedawna sam sobie generuję prąd dzięki dynamu w piaście. Zakładam rękawki i kamizelkę, a po chwili ruszam ku ciemności. Po wielokilometrowym podjeździe nawigacja kieruje mnie na odbicie ze szlaku, którego po ciemku nie mogę znaleźć. Po chwili dołącza do mnie Misha i wspólnie szukamy wrót do kolejnej planszy. W końcu – jest, znajduję skręt na pieszy szlak. Mam trochę wątpliwości – baranek z przodu, załadowany Tailfin z tyłu, ciemno, stromo… jednak kiedy słyszę za sobą wesoły głos Mishy „woohoo, some shitty trail, leeet’s go”, puszczam się w dół.

Jazda jest z gatunku tych bez trzymanki. Dla Mishy wręcz dosłownie, bo jak się później dowiem, wykonał na tym zjeździe pełne salto. Ja jakoś docieram na dół, wypadam na asfalt i kieruję się w stronę upatrzonego miejsca na krótki nocleg: miejscowości, gdzie według moich danych kręcono Winnetou. Niestety na miejscu nie znajduje nic, co mogłoby taki plan filmowy przypominać, więc moje marzenia o obudzeniu się z widokiem na kanion Apaczów muszę odłożyć na kiedy indziej. Znajduję za to wiatkę, pod którą się rozkładam. Później dołącza do mnie jeszcze kilku zmęczonych wędrowców, z których każdy w inny sposób mnie budzi.

Budzę się koło czwartej rano tak, jak zasnąłem – nieco zziębnięty leżąc w kokonie na betonie. Zmarznięcie w nocy to pierwszy i dość brzemienny w skutkach błąd, jaki popełniam. Nakręcony adrenaliną nie uznałem tego za wielki problem, lecz niestety moje gardło miało na ten temat inne zdanie. 

Na liczniku mam już blisko 200 km i niemal 4500 m w pionie, a następny punkt, w którym chcę stanąć to znajdujące się na 260km schronisko Zavižan już w chorwackim paśmie górskim Velebit. Droga tamże usłana jest ciężkimi, również pod względem nawierzchni, podjazdami. Zanim jednak one, rozkoszuję się o wschodzie słońca panoramą na wielką wodę i wyobrażam sobie, że pewnie to tu gdzieś kręcili tego Winnetou.

Na tym etapie wyścigu mój mózg przechodzi już w pełni na zadaniowy tryb pracy. Myślę o litrach wody, która muszę uzupełnić i o tym, skąd wziąć niezbędne kalorie. Zachwycam się tym, co widzę. Powoli czuję, jak moje ciało zrasta się z rowerem, a ten zaś staje się częścią drogi. Ja nie podróżuję, ja jestem podróżą. To piękne i oczyszczające uczucie. Pomaga też to, że zgubiłem słuchawki.

Sam Dom Zavižan okazuje się miejscem mojej wielkiej wpadki, która omal nie zakończyła mojego wyścigu. Czy spadł wam kiedyś rower ze schodów? Mi oczywiście też nie, ale znam kogoś, komu spadł i na szczęście nic wielkiego się nie stało, co należy rozpatrywać w kategorii cudu. Szczegóły tego incydentu pozostaną jednak niejawne, a wszyscy świadkowie obecni wówczas w schronisku zobowiązali się do wiecznego milczenia.

Na miejscu wypełnia mnie też wspaniałe przeświadczenie, że daję radę. Jestem wyraźnie mniej zmęczony, niż większość zawodników, których tam spotykam. Czy to znaczy, że de facto jadę za wolno? Nie mam bladego pojęcia, zupełnie mnie to nie interesuje. Nie znam klasyfikacji, nie sprawdzam trackingu. Realizuję swoją agendę.

Niestety pojawiają się pierwsze niepokojące sygnały: gardło zaczyna mnie wyraźnie boleć. Mimo upału zakładam buff i staram się pić jak najwięcej, by nawilżać śluzówkę. Jak na złość akurat na tym wyjeździe nie mam żadnych pastylek na gardło.

Kolejny mój cel to miasteczko Gospić na 360 km, gdzie zamierzam zjeść coś większego i zaopatrzyć się na wieczór, noc i poranek, jako że kolejny punkt z jakimkolwiek zaopatrzeniem znajduje się blisko sto kilometrów dalej i jest to Checkpoint 1. Tuż przed miasteczkiem zatrzymuję się w restauracji, a kawałek dalej na stacji benzynowej ładuję tyle picia, seven daysów i innych smakołyków, ile tylko uniosę i ruszam ku CP1.

Tej doby chcę dotrzeć przynajmniej do czterysetnego kilometra trasy, a jeśli się uda to i do CP1. Niestety, w tym roku ze względu na dużą liczbę startujących na checkpointach nie można spać, więc nie ma też wyraźnego powodu, by się tam spieszyć. Zamiast tego, po długim i męczącym ze względu na sypką nawierzchnię podjeździe, rozkładam obóz na rozstaju dróg i z obolałym gardłem idę spać.

Budzi mnie deszcz. Zmęczony umysł analizuje sytuację. Czy trzeba się zbierać? A może zaraz przejdzie? Przypominam sobie o kurtce, która leży na wyciągnięcie ręki. Zakładam ją, naciągam kaptur na głowę i mimo siąpiącego deszczu śpię dalej. To jest przepiękne uczucie, kiedy nic nie może zakłócić twojego spokoju, wytrącić cię z równowagi. Nad ranem, gdy o piątej dzwoni wreszcie budzik cieszę się, że padało tylko trochę, dzięki czemu nie spłynąłem na materacyku gdzieś w głąb lasu.

Na śniadanie mam rogalika i red bulla, którego kupiłem na wypadek nocnej jazdy. Przełykam ostrożnie, gdyż gardło wciąż mnie boli. Mimo to przepełnia mnie jakiś dziwny spokój. Tak jakby te tysiące identycznych obróceń korbami w trakcie ostatnich dwóch dni rozładowało napięcie, jakie towarzyszyło mi przez ostatni miesiąc. Może to zabrzmi dziwnie, ale właśnie tam, na rozstaju leśnych dróg, siedząc na sflaczałym materacyku i przeżuwając chorwacką wersję 7daysa, czułem się na miejscu.

Sześćdziesiąt kilometrów, jakie pozostawały mi do CP1, w większości spowijał gęsty las. W jednym miejscu tak gęsty, że aż pełen świeżo ściętych drzew leżących dokładnie w poprzek drogi. Ten niekończący się fragment wspominali chyba wszyscy, którzy dotarli do czekpointu. Jednak to, o czym mówiono rzadziej, to oszałamiający widok zaraz za nim, gdy tylko ściana lasu ustępowała ogromnej, otwartej, zielonej przestrzeni. I właśnie w takiej scenerii dotarłem na punkt kontrolny, gdzie wspaniali wolontariusze serwowali makaron i picie.


Kiedy dziś patrzę ze spokojem na to, co wydarzyło się od momentu mojego opuszczenia CP1, widzę jak bardzo starałem się, przynajmniej mentalnie, wymknąć nieuniknionemu. Potworny upał, który rozpalił bezdrzewne tereny od CP1 aż do najbliższej większej miejscowości na trasie, Kninu, sprawił, że postępujące przeziębienie coraz bardziej odbierało mi siły. Łudziłem się, że walczę jedynie z bólem gardła, a coraz większy brak mocy wynika z niemal udarowej pogody, co jakiś czas przerywanej krótkim deszczem, i zmęczenia wyścigiem. Nie była to jednak prawda.

Zanim jednak dotarłem do Kninu, który czekał na mnie z potencjalnym wybawieniem, czyli apteką, musiałem pokonać jeszcze podjazd określany w książce wyścigu jako „The Beast of Balkans”. Po doświadczeniach zebranych w Alpach, które oczywiście niebawem skończę opisywać hehe, zakładałem, że czeka mnie długi wypych po bardzo ciężkim terenie, tymczasem otrzymałem „rozczarowanie”. Owszem, wspinaczka nie należała do łatwych, głównie ze względu na luźną nawierzchnię, ani krótkich, niemniej zdecydowanie możliwym było pokonanie całości na kołach. Nawet na obciążonym rowerze, gdyby nie błąd w wyborze linii i w konsekwencji utrata trakcji, dałbym radę.

Na górze czekały na nas niesamowite widoki z drogi wijącej się a to granią, a to zboczem góry – zupełnie jak w Alpach. Do dziś mam je przed oczami. To właśnie tam, na szczycie, późnym popołudniem, podejmuję decyzję, że tej nocy przenocuję pod dachem w Kninie a z samego rana udam się do apteki. Wciąż mam nadzieję, że uda mi się wymknąć chorobie, choć dojazd do miasta trzymany w potężnym uścisku okropnego upału sprawia, iż moja głowa staje się lekka a nogi zupełnie puste. W hotelu ostatkiem sił wykonuję jeszcze „pranie” i kładę się spać.


Rano budzi mnie choroba i myśli o tym, jak bardzo pragnę, mimo wszystko, dotrzeć do Bośni. Do bośniackiego Livna mam około 130 km niemal zupełnie odludnego terenu, łącznie z bardzo długim i wymagającym podjazdem po zboczu masywu Dinary. Po wczesnym śniadaniu wracam do pokoju i muszę jeszcze trochę odpocząć, by zebrać siły. Opowiadam sobie bajkę, że przecież forsowałem organizm przez trzy dni z rzędu, więc nic dziwnego, iż jestem zmęczony.

Wizyta w aptece wyposaża mnie w krople i pastylki, które jednak nie robią wielkiej różnicy. Mój zapas sił faluje – momentami jest mi cholernie ciężko, by innym razem cieszyć się jazdą. Te drugie chwile występują przede wszystkim podczas jazdy pod górę, którą po prostu lubię. Ze szczytu podjazdu widzę, jak na mnie i kilku innych zawodników, których dogoniłem, nadciągają burzowe chmury2. Faktycznie, po kilku minutach przechyla się nad nami konewka, a ja w strugach deszczu zakładam na siebie cały mój deszczowy ekwipunek; trochę na marne, bo ulewa trwa raptem kilka minut, więc już niebawem wszystko to zdejmuję chroniąc się od przegrzania.

Na dole spotykam miejscowego pieska, który przez te kilka dni żyje jak w raju, odprowadzając kolejnych zawodników i dostając od nich racje żywnościowe. Jestem już bardzo wymęczony i mam ochotę zostać z nim, ale przy zdrowych zmysłach nadal trzymają mnie myśli o Bośni, Livnie i dzikich koniach. Ruszam dalej, jednak przez następne kilkadziesiąt kilometrów bardziej snuję się po drodze niż jadę. Wpycham w siebie duże ilości cukru, ale to nie pomaga, bo niestety nie tu leży problem. Siłą woli docieram do podnóża ostatniego podjazdu na ten dzień, podjazdu asfaltowego, wiodącego przez przejście graniczne Chorwacji z Bośnią i Hercegowiną. Znów otwiera się niebo, więc razem z dwoma innymi kolarzami, schronieni pod rachitycznymi drzewkami obserwujemy, jak przez rzeczoną przełęcz przechodzi burza.

Być może zabrzmi to dziwnie, że na bośniackim przejściu granicznym czuję się spokojny i szczęśliwy. Na głowę siąpi mi deszcz, po pobliskiej polanie galopują konie. Bośniackie dzikie konie! Czy to już one? Nie mam pojęcia, ale na wszelki wypadek mrugam jakby zamykał migawkę w aparacie fotograficznym i zapamiętuję ten widok już na zawsze. Pogranicznik jest wesoły. Jego pierwsze słowa brzmią: „You are alive!” Ach, gdyby tylko wiedział, że trafił w dziesiątkę… Konwersujemy chwilę a przemiły urzędnik informuje mnie, że do szczytu podjazdu mam już niedaleko. No tylko ten deszcz. Z uśmiechem wzruszam ramionami, co on kwituje radosnym „c’est la vie”. Właśnie tak, c’est la vie! Z tą myślą ruszam dalej ku nadchodzącej ulewie.

Na zjeździe pada już koszmarnie. Mimo świetnej nawierzchni jadę bardzo wolno, drogą spływa woda, a ja sam niewiele widzę, bo przed sobą mam ścianę wody. Nie skłamię, jeśli powiem, że właśnie ta burza zakończyła mój wyścig. Docieram do Livna, ale w pierwszej napotkanej pizzerii czuję, jak dusza opuszcza moje ciało. Mój organizm się poddał. Mimo trudów całego dnia nie daję rady dokończyć posiłku. Z pudełkiem pełnym pizzy pod pachą docieram na nocleg, gdzie nie jestem już w stanie zamienić nawet kilku sensownych słów z innym nocującym tam zawodnikiem. Mokry kaszel i flegma pakują mnie do łóżka, a ja nawet nie ustawiam budzika. W nocy mam gorączkę.

Epilog

W Livnie spędzam aż trzy noce. Akurat w trakcie tego czasu internet rozgrzewa wieść o dyskwalifikacji pewnego polskiego zawodnika. To moment przykry i dla mnie. Sam po dwóch dniach podejmuję jeszcze próbę dojechania przynajmniej do Mostaru, bo zależy mi, żeby zobaczyć Bośnię. Szczególnie, że na trasie tuż za Livnem znajduje się góra Cincar znana z obecności dzikich koni. Z dużym trudem dojeżdżam właśnie tam, ale nie spotkawszy ani jednego konia zawracam na dobrze już znany mi nocleg.

Ostatecznie z Livna ratują mnie rodzice i tym samym spędzamy wspólnie krótkie wakacje. Mieliśmy się spotkać dopiero na mecie w Risan, ale los połączył nas już na terenie Bośni i Hercegowiny. Widok podjeżdżającego pod supermarket auta na polskich blachach na tym wyścigu był już znany, dlatego na wszelki wypadek nie skusiłem się ani na colę, ani na banana.

___

Zatem które życie zatem jest prawdziwsze? To wypełnione rytmem, w jakim obracają się rowerowe korby, pełne oszałamiających widoków, doświadczeń wielkich i niewielkich, ale też zawierające ból, trud i niemoc, czy to, które czekało na mnie po powrocie z Bałkanów? Wydaje mi się, że w moim przypadku nie ma jednego bez drugiego. Czas podróży jest czasem świątecznym właśnie dlatego, że odróżnia się od codzienności. Sztuką pozostaje sprawienie, by codzienność nie wchodziła z butami tam, gdzie nie jej miejsce. I to jest czasem o wiele trudniejsze, niż jakikolwiek wyścig ultra.

Mimo wszystko, mimo przykrego skrótu DNF przy moim nazwisku, Trans Balkan Race dał mi wiele radości. Być może choroba była rachunkiem, który organizm wystawił mi za to, co przeszedł w okresie przedstartowym, a być może zwykłym błędem czy nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Tak czy inaczej, nie żałuję, bo czasem to droga jest celem i to wystarczy. To były piękne chwile pełne spokoju, a na dodatek chyba i tak widziałem te dzikie konie, na których mi tak zależało, prawda?

Strava:

TBR D1. Winnetou

TBR D2.

TBR D3. CP1 i usmażony Krzysztof

TBR D4 i ostatni 😔🤒

Setup:

Rockrider Race 900 z barankiem. Sram GX Eagle AXS z klamkomanetkami Sram Apex AXS. Dropper Reverb AXS. Dynamo SON 28. Lampa Igaro C1. Tailfin Cargopack.

  1. Ale jedna rzecz jednak mnie zaskakuje i to mimo, że trochę temat znam: na chyba każdym podjeździe stoi kosz do koszykówki. Czy to efekt Luki Doncicia? ↩︎
  2. Paradoksalnie ochłodzenie, które przyszło z opadami, ma dla mnie pewną korzyść. Dzięki temu nie wpadam w kłopoty z ilością wody, której zabrałem nieco za mało na ten bardzo długi odcinek bez możliwości jej uzupełnienia. Chorwacja pod tym względem była zaskakująco wymagająca. ↩︎

Opublikowano

w

, ,

przez

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *